Właściwie to nie wiem jak się za to zabrać, nadal jestem w lekkim szoku. Mam wrażenie, że to cudze życie.
Anglię wyrzuciłam z planów. A ta się o mnie upomniała. To co mam robić, jadę! Bardziej się teraz cieszę niż boję. Zdążę tu tylko pozałatwiać wszystkie sprawy, pożegnać się z kim trzeba, zakończyć etap, nie będzie nawet czasu na porządne przestraszenie się tego wszystkiego. Zabukować bilet i postanowione. Poza tym, od kiedy boję się wyzwań?
Cały czas myślę o tym w kontekście powrotu. Pierwszy okres to na pewno pół roku. Ale niekoniecznie na tym się skończy. Dni będą się wlekły jeden po drugim, ale tak naprawdę to zleci w mgnieniu oka. Podejrzewam że będą chciała zobaczyć jesień w hrabstwie Gloucestershire.
Nareszcie mam poczucie, że coś robię. Nie tyle rzuciłam studia i się nudzę, ale ta decyzja ma jakąś sensowną ciągłość. Patrzę z szerszej perspektywy i... wszystko jest w normie, tak jak zawsze było. Cierpliwość się opłaciła.
Zastanowiła mnie reakcja znajomych. Gdyby którekolwiek z nich powiedziało, że jedzie na pół roku do Anglii to najpierw bym się ucieszyła, powiedziała, że to bardzo fajnie. Potem pewnie bym wspomniała, że będę tęsknić. Każda z tych 4 osób, które się dowiedziały, przyjęła to ze smutkiem, coś w stylu - zostawiasz mnie, nie będzie cię tyle czasu, tobie to jak zwykle dobrze - nikt się ze mną nie ucieszył.
Oczywiście to miło, że ktoś będzie za mną tęsknił (choć nie wiem za czym tak naprawdę).
Patrzę na dom, swój pokój i podświadomie staram się go zapamiętać. Ścieżki spacerów z psem. Trochę mi żal zostawiać ludzi, miejsca, projekty, wszystko co znam. Tyle że... (mnóstwo różnych czynników, które ułatwiają mi wyjazd).